Tego dnia zanosiło się na kolejny festiwal zamulania na mojej prowizorycznej uczelni. Wydział Wychowania Fizycznego na Politechnice Opolskiej (tak na politechnice, to nie pomyłka) postanowiono ulokować na takich obrzeżach miasta, że metr dalej rolnik orze na traktorze. Jak co dzień szedłem tam „z buta” 4 km, bo przecież tylko burżuazja jeździ miejskim ;) i jak co dzień wstąpiłem do sklepu po bułki. Patrzę i oczom nie wierzę. W przybytku słynącym głównie z walki o karpia rzucili książki. Przeglądam. Ze stosu opowieści o tym samym, czyli o niczym, wydobywam coś co zdecydowanie wyróżnia się okładką. W zasadzie jest to jedna z najładniejszych okładek jakie kiedykolwiek widziałem. Stojący na skalnym urwisku himalaista spogląda na skąpany w świetle wschodzącego słońca szczyt Czomolungmy. „Everest: Na pewną śmierć”- przemawia do mnie tytuł. Biorę! Na wykłady będzie jak znalazł. Nie pamiętam o starym porzekadle: „Nie oceniaj książki po okładce.”

z18696933QEverest--Na-pewna-smierc