Zegar, który idzie do tyłu 

Był jeden dzień przed Sylwestrem, a w pokoju hotelowym w Botoşani, miejscowości na rumuńsko-mołdawskim pograniczu, zegar szedł do tyłu i ironicznie poskrzekiwał.

Już niedługo miał przyjść Nowy Rok, a tu z godziny dwudziestej trzeciej zrobiła się dwudziesta druga, potem dwudziesta pierwsza i czas za żadne skarby nie chciał iść do przodu. Nawet po wymianie baterii zegar kategorycznie odmawiał pójścia w stronę stycznia 2016 roku. Chwilę parł dzielnie pod prąd w stronę listopada, po chwili poddał się, przestał terkotać i po prostu stanął.

Wówczas myślałem, że ma to jakiś tajemniczy związek z niedawną śmiercią Lemmiego z Motörhead. Że czas lubi rock'n'rolla i chce wrócić do ich ostatniego koncertu. Ewentualnie, że wpływ na odwrotny bieg czasu ma bliskość Mołdawii.

Sylwester jednak nadszedł, a wszystkie inne wskazówki, jakie widziałem od tego momentu wydawały się kręcić w prawidłową stronę.

No i w końcu w kwietniu na Ukrainie skręciliśmy w Wysocku Wyżnim w drogę wiodącą do Libuchory i okazało się, że rumuński zegar jednak nie żartował. Czas faktycznie biegł do tyłu.

 Już wcześniej mogliśmy zaobserwować pewne symptomy takiego stanu rzeczy - w okolicach Sambora przez burzowe chmury prześwitywały lata dziewięćdziesiąte, zza nieczynnej "Kafe Połonyna" z białej cegły nieśmiało wyglądały lata osiemdziesiąte, a przy sklepie spożywczym w idealnie sześciennej, niebieskiej kostce z blachy wylegiwały się lata siedemdziesiąte. Wtedy jeszcze myślałem, że to lokalne poczucie humoru. To samo, które kazało przy głównych drogach z każdej strony ustawić drogowskazy na wieś Nahujowice.

Libuchora. Powrót do Galicji

W Libuchorze trafiliśmy jednak po prostu w realną, namacalną przeszłość.

W powietrzu unosiła się aura bliżej niesprecyzowanej, ale jak najbardziej konkretnej, Dawności. Takich trochę pierwszych lat po transformacji ustrojowej, trochę ZSRR, ale jednak przede wszystkim przedwojennej prowincji z wyraźnymi przebłyskami XIX wiecznej Galicji. Miejscami jak perełki w błocie leżały nawet czasy królowej Bony, która wydała w 1553 roku niejakiemu Ołeksie przywilej lokacji wsi w tym uroczym zakątku Bieszczadów Wschodnich.

To, co jest największym atutem Libuchory - możliwość dotknięcia dawnych czasów, pooddychania dawnością czy też pofantazjowania o Zakopanem czasów Tytusa Chałubińskiego - jest równocześnie jej największym hamulcem rozwoju.

Znany paradoks. Jest do bani, ale fajnie. Fajnie, żeby przestało być do bani, ale jak przestanie być do bani, przestanie być fajnie i po co jechać?

Na drodze nie ma asfaltu, droga tonie w dziurach i w błocie, rzeka Libuchorka lubi wylewać, w domach nie ma bieżącej wody. W sklepie można znaleźć kilkanaście produktów na krzyż (w tym oczywiście pyszne cukierki prezydenta Poroszenki oraz sporo najróżniejszych rodzajów alkoholu), zresztą z wyżej położonych partii długiej na dwanaście kilometrów wsi, gdzie znajduje się jedyna turbaza trzeba iść dobrą godzinę. Samochodem przez Libuchorę również jedzie się około godziny, rozwijając maksymalną prędkość 12 km/h.

Słowem - nie jest to do końca to, czego szukają przyzwyczajeni do wygody turyści, nie są to również warunki, w których żyje się jakoś szczególnie sielankowo.

A jak powstanie asfaltowa droga, dobrze zaopatrzony sklep, a na miejscu starych chat stanie kilka wygodnych pensjonatów? No cóż. Będzie tak samo jak wszędzie indziej w Karpatach i nie będzie sensu przyjeżdżać akurat tutaj. W skrócie - pat.

Sytuacji nie poprawia również fakt, że hrywna leci w dół na łeb, na szyję. Aktualnie za 1 zł kupimy 6,5-7 hrywien. Dla nas, jako turystów jest naprawdę fajnie. Ukraina jest niewiarygodnie tania. Nic tylko cieszyć się noclegami w schroniskach za 13 zł, luksusowymi apartamentami w hotelach za 55 zł, benzyną za 2,50, piwem za 2 zł, czy dwudaniowymi obiadami w restauracjach za 8 zł z herbatą. Mieszkańcom Ukrainy, oględnie mówiąc, ukradkowe spojrzenie na kursy walut, przy przechodzeniu obok kantoru nie poprawia zbytnio nastroju. Ci z poczuciem humoru, jakoś to znoszą. Jak Taras i Mirosław z Sambora. Żartowali, że jak tylko znajdą na ulicy jednego dolara, natychmiast kupią sobie samborskie boisko, a może i cały klub piłkarski i zostaną futbolowymi potentatami.

Nic zatem dziwnego, że pomimo faktu, że okolice Libuchory są szalenie malownicze, prawie każda napotkana osoba pytała o pracę w Polsce, polską wizę, zaproszenie i generalnie deklarowała chęć wyjechania stąd choćby za pięć minut.

Dla takich miastowych turystów jak my (i zapewne również Wy) Libuchora jest naprawdę fajną odskocznią.

Lasy snują swą odwieczną pieśń, szumi rzeczka, śpiewają ptaszki, muczą krówki, gdaczą kurki, koło cmentarza bulgocze imponujący indor, wysokie połoniny zapraszają do spacerów, medytacji, jogi, akupunktury, tantry, gimnastyki i wszelakich aktualnie modnych form rekreacji. Szczególnie, że na górze nawet da się złapać wi-fi (tak korzystają z internetu lokalne dzieciaki). Nawet wegetarianie i weganie będą ukontentowani, bo w sklepach próżno szukać mięsa. Żyć nie umierać. Przez kilka dni.

Przyjdzie Mordor...

Libuchora marzyła mi się już ze trzy lata. Grzegorz Rąkowski w przewodniku "Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie" pisze tak:  Libuchora to największa, a zarazem najpiękniejsza wieś bojkowska. Dodaje również, że jest to najlepsze miejsce, by zobaczyć sobie domy z dawnych czasów: półkurne, długie bojowskie chaty, tak zwane "chyże", niektóre kryte słomą i mchem. Zachowała się ich tutaj przeszło setka. Większość jest opuszczonych, a ich właściciele mieszkają w sąsiednich, nowszych domach.

Bystry czytelnik już wie, co to oznacza. Malowniczą biedę oraz sympatycznych ludzi.

Zatem włączmy na chwilę adekwatny do opisu drogi przez wieś tryb Przyjdzie Mordor i nas zje - a więc turysty-plecakowca, poszukującego na Ukrainie hardkoru (kto nie łapie aluzji, niech sobie wygugla):

No to ja i Kaśka - czołowik i żinka, jak tu mówią w lokalnym narzeczu - jedziemy tą drogą. Błoto jak na bagnie, a dziury trzy na metr. Jakby się rozpędzić do dwudziestu, toby nam urwały koła w Pasku. Dookoła chaty jak w Biskupinie. Baby piorą w brązowej wodzie rzeki rwącej jak w Nepalu. Na przybrzeżnych chaszczach wiszą tony różnokolorowych siatek i śmieci, jakby ktoś te krzaki specjalnie udekorował tymi śmieciami na wigilię, bo nie mieli na bombki. Na środku drogi sika pozostawiona w samopas dziewczynka. Koło niej sika koza. Po czterdziestu minutach, w ciągu których zrobiliśmy siedem kilometrów wreszcie widzimy napis Turystycznyj Prytułok "Ruskyj Put". No, wreszcie. Już się baliśmy, że dojedziemy do naszej hardkorowej turbazy za tydzień. Pytam się tego zioma w czapce jadącego na jakimś skleconym z desek rydwanie, ciągniętym przez wychudzoną szkapę z zezem, czy ta różowa chałupa z Disneya to turbaza. On się śmieje, ukazując dwa zęby i mówi, że to jeszcze pięć kilometrów, ale że do samej turbazy nie ma szans dojechać samochodem, nawet terenowym. Tam zresztą jeżdżą tylko i wyłącznie po pijaku nocą lokalni gangsterzy kraść drewno z lasu. Se myślę - tyś pewnie nigdy nie widział lepszego środka lokomocji niż bryczka i boisz się, że mój Volkswagen Passat to transformers i w ogóle nie wiesz, co taka limuzyna potrafi, to co mi będziesz gadał, gdzie dojadę, a gdzie nie. Zresztą Kaśka prowadzi, więc z nią gadaj. Ja wypiłem dopiero pięć browarów i jestem zbyt trzeźwy, żeby prowadzić po tych waszych autostradach. Odjechaliśmy wyniośle, a ten ziomek polał wódkę sobie i koniowi i wrócił do sadzenia bulby, czyli w normalnym, bo naszym, języku - gruli. W górnej części wsi drogi już właściwie nie było, co mnie nie zdziwiło, bo w sumie po co im droga, skoro wszyscy wyjechali do Polski? Błotnisty trakt momentami zbliżał się do pionu i balansował na skraju przepaścistego, niemal metrowego kanionu. Minęliśmy pałac jakiegoś lokalnego bossa z gustownymi złotymi lwami strzegącymi ogrodu, w którym rósł jeden tulipan i trochę bulby. Minęliśmy sklep monopolowy oraz lokalnego wariata mieszkającego razem z kurą w beczce i dojechaliśmy w końcu, cali z błota i gówna świń, kóz, krów i koni do drogowskazu, że do turbazy czterysta metrów w lewo. Trzeba było dwa razy przejechać rwący potok, a dalej jechać po wielkich, ostrych głazach. Normalnej terenówce by urwało podwozie, ale naszym Paskiem to na lajcie daliśmy radę, bo Polak w Volswagenie to i na księżyc dojedzie, żeby się z Mistrzem Twardowskim napić okowity, hej. Teraz już tylko wymiana opon i zawieszenia i można jechać dalej z aroganckim uśmiechem na twarzy. Jakbym dorwał tego zioma na rydwanie, to bym mu powiedział: I co teraz? Powtórz, że się nie da dojechać! Powtórz, że się nie da! Jakbyśmy się założyli o dolara, byś musiał sprzedać ten swój różowy dom, żeby nas spłacić. Ale w sumie to kto by chciał kupić chałupę na takim zadupiu?

Dobra, koniec trybu Mordor, bo już zaczynam sie sam sobą brzydzić jako bohaterem opowiadania.

W każdym razie podróż do turbazy Ruski Put zainspirowała mnie do tischnerowskiej klasyfikacji możliwości, które występują przy pytaniu kogoś o drogę w górskich miejscowościach. Otóż jeśli miejscowy mówi, że gdzieś nie da się dojechać samochodem to opcje są następujące:

1. PRAWDA - zapytany ma rację, a próba robienia po swojemu jest bez sensu,

2. TYŻ PRAWDA leży po środku, gdyż z jednej strony zapytany nie ma racji - gdyż technicznie rzecz biorąc da się dojechać, ale jest to tak idiotyczny pomysł, że w gruncie rzeczy ma rację,

3. GÓWNO PRAWDA - miejscowy nie ma pojęcia o czym mówi, ale nie chciał się przyznać, że nigdy w życiu nie ruszył się dalej niż do sklepu.

W omawianym przypadku mieliśmy do czynienia z opcją drugą. Zapytany o drogę Paulo powiedział prawdę - do turbazy nie da się dojechać samochodem, Kasia udowodniła, że dla chcącego nic trudnego, a ja w ostatecznym rozrachunku, jako mózg całej operacji, poczułem się jak debil. Z jednej strony lewa noga, z drugiej prawa, a ja jak ten nieszczęsny Lech Wałęsa - wisiałem po środku. W każdym razie przy następnej wizycie zostawię auto gospodarzom w ogrodzie przy drogowskazie.

We włościach biedronek

Jest pewien człowiek, który na dzikim wschodzie Bieszczadów ma aż trzy turbazy. Jedną na końcu wsi Husne przy najkrótszej drodze na Pikuj od tej strony, drugą nie wiem gdzie, a trzecią w Libuchorze przy najkrótszej drodze na każdą górę jaką sobie można wymarzyć, pod warunkiem, że znajduje się ona nad Libuchorą. Na Starostynę (1229 m), Behar, przełęcz Ruski Put (1216 m), Wielki (1309 m) i Ostry Wierch (1294 m). Można stąd również wybrać się na Pikuj (1405 m), najwyższy szczyt całych Bieszczadów. Droga ta w dużej mierze pokrywa się z koneserskim przejściem głównego grzbietu Karpat od Przełęczy Użockiej, stanowiąc coś w rodzaju wycinka najciekawszej jego partii. W odróżnieniu od ataku na Pikuj od podnóża pozwala nacieszyć się kilkukilometrowym spacerem szerokimi połoninami z rozległymi widokami na okoliczne wioski, a także Beskidy Skolskie, Połoninę Równą, polską część Bieszczadów i szereg innych pasm i pasemek.

Schroniskiem opiekuje się rodzina państwa Maljuków, a pod nieobecność ojca i brata (którym udało się akurat znaleźć pracę we Wrocławiu) pierwsze skrzypce gra Wasia - bardzo rezolutny dwunastolatek. Wie co gdzie leży, ile za co się należy, zna wszystkich we wsi i był na każdej okolicznej górze. Gdyby nie to, że jest najlepszym uczniem w klasie i jest bardzo pracowity byłby to wykapany bieszczadzki Tomek Sawyer. Wraz z kuzynką - Mychałyną (i to nie byle jaką, tylko Mychałyną Komarnicką, za pewne potomkinią tutejszej przedwojennej szlachty zagrodowej) oprowadzają nas po Libuchorze, radzą którą drogą wejść na którą górę, załatwiają jaja od kury (znaczy rozmawiają z właścicielem kury, nie z ptakiem - tego nikt o zgodę nie pyta), a każdego ranka przynoszą nam świeże mleko w słoiku.

Indoktrynuję Wasię, żeby ze swoimi talentami i zamiłowaniami został prowidnykiem, ekskurzawodem, czyli przewodnikiem. Bardzo go kręci ten pomysł i postanawia zacząć od razu: zgadza się zostać przewodnikiem w drodze na Pikuj, ale dopiero w sobotę, bo nie może nie pójść do szkoły. Do tego czasu mam chodzić na własną rękę i się nie zgubić.

Wiadomo, że dla czytelnika z Sanoka czy Przemyśla oraz bieszczadzkich weteranów to raczej żadne odkrycie, ale dla Zakopiańczyka, który znał do tej pory Bieszczady wyłącznie w zimowej szacie oraz w środku sezonu turystycznego w najbardziej zatłoczonej części, takie wiosenne łażenie po budzącym sie do życia bukowym lesie i samotne hasanie po rozległych połoninach to naprawdę fajna odskocznia od Tatr i wielka frajda.

Schodząc ze Starostyny dochodzę na grzbiet z wyrąbanym lasem i natrafiam na coś przypominającego obozowisko Komanczów. Pali się ogień, ludzie piłują drzewa, po wypalonej, czarnej ziemi spacerują konie, a na prowizorycznym stole leży kilka butelek horyłki. Do znalezienia się w środku powieści Karola Maya brakuje tylko wigwamu i szamana palącego magiczne zioła. To tutaj pracuje ekipa, która nocami zwozi drewno traktem obok turbazy. Facet o wyglądzie typowego zakapiora oferuje mi, że za hroszi, czyli dzieńgi, mogę przejechać się na koniku, a potem poczęstują mnie gorzałką. Bardzo grzecznie wymiguję się od tych atrakcji, podkreślając kilka razy najwyraźniej jak potrafię, że nigdy, ale to przenigdy nie noszę ze sobą pieniędzy do lasu, a poza tym jestem abstynentem.

W turbazie niby jesteśmy sami, a jednak nie jesteśmy. Są to włości biedronek. Pierwszego dnia - kilkunastu, drugiego - kilkudziesięciu, trzeciego ponad setki. Przez dzień chodzą sobie koło okna, po zmroku przenoszą się w okolicę lampy.

Za nic w świecie nie chcą skorzystać ze szpary w oknie, by wydostać się na świeże powietrze. Przekonywałem je w trzech różnych językach oraz możliwie najbardziej sugestywnymi gestami, że mają tam mnóstwo jedzenia, a w środku domu będzie z tym kłopot; perswadowałem, namawiałem, ale one pozostały głuche na moje nagabywania. Okolicę odwiedza też kilka miłych sobaczków, czasami zawita też salamandra plamista lub taka czy inna ptaszka.

Dusiołek

W nocy rozpętała się ogromna burza i gradobicie. Przy takiej nocnej burzy w Libuchorze nawet pan redaktor Jerzy Urban odmówiłby przynajmniej kilka razy Aniele Boży, dopiero nad ranem przypominając sobie, że mu nie wypadało.

Biedronki człapią powoli naokoło lampy. Człap, człap, człap, człap... Deszcz stuka o szybę. Stuk, stuk, stuk, stuk... Stuk! Strasznie mocno stuka. I to nawet do drzwi. Znowu. Nasłuchuję. Czy to ktoś się poruszył za oknem? Słyszę szelesty. Jest ich więcej.

Jesteśmy na samym końcu wsi, na samym końcu drogi. Nikt nie wie gdzie. Nikt poza... Złodzieje drewna... Wiedzą, gdzie jesteśmy. Są zdesperowani. Rozochoceni alkoholem. Walenie do drzwi i okien rozsadza mi głowę. Słyszę zza okna straszny, ponury, nieludzki śmiech. Śmiech i czarne sylwetki. Obserwują, stukają do okien, drapią po ścianach.

Drzwi zaczynają drzeć. Ktoś w nie kopie, rozpędza się, wali całym ciałem. A trzymają się tylko na malutkim haczyku. Zmurszały fragment framugi odpada i pojawia się szpara. A w szparze ręka! Szuka haczyka. Widzę ją wyraźnie w zimnym świetle jarzeniówki. Widzę długie, brudne palce ze szponiastymi paznokciami. Nie mogę nic zrobić, leżę sparaliżowany strachem!

Lampa bzyczy ponuro, a dookoła niej biegają biedronki. Biegają w kółko z taką prędkością, że mnie mdli. Drzwi do turbazy otwierają się z hukiem i robi się strasznie zimno...

Wchodzą. Jest ich pięciu. Wszystkich widziałem na górze, pod Starostyną. Wiedzą, że ja wiem, że kradli drewno. Wiedzą, że mam pieniądze. Są pijani i przerażający.

Dostrzegają Katarzynę i zaczynają rechotać. Zbliżają się do nas. Mają długie włosy, związane w warkocze, pistolety za pasami, ogromne nosy, odrażające uśmiechy, a ich złe oczy zdają się świecić na żółto.

Herszt bandy wyciąga rewolwer i wskazuje na Kasię lufą. Mierzy ją chwilę wzrokiem, spluwa na ziemię i przemawia strasznym głosem:

- Ta chuda chujowa, ale ta druga - wskazuje na mnie. - No, no. Kobiece kształty, jest za co złapać, dużo ciała. Jest kawał cyca i kawał pupy. Takie żinki lubię. Dawać mi ją!

Podbiega do mnie dwóch zbójników i... w tym samym momencie budzi mnie potworny ucisk na klatkę piersiową. Dusiołek. Typowy bieszczadzki Dusiołek. Duszek siadający nocą na piersi strudzonego turysty i powodujący koszmary.

Rozglądam się dookoła. Śpię przy włączonym świetle z książką Majster Bieda czyli zakapiorskie Bieszczady na piersiach. Dookoła lampy człapią biedronki. Człap, człap, człap, człap... Deszcz stuka w szybę. Stuk, stuk, stuk, stuk... Nawet nie zauważyłem, kiedy znowu zasnąłem w ubraniu.

Paulo i najstarsza kapliczka we wsi

Popołudnie przynosi piękną pogodę, a Libuchora w świetle wiosennego słońca znów wygląda sielankowo. Wieś jest naprawdę piękna.

Wszyscy napotkani ludzie są nieprawdopodobnie mili, witają, pozdrawiają, oferują pomoc w dotarciu pod wskazany adres, dyskretnie pytają o pracę w Polsce i ceny samochodów, chwalą się posiadaniem znajomych w Sanoku... W końcu znowu spotykamy sympatycznego pyzatego gościa w czapce, którego pytaliśmy o drogę. Pyta czy go pamiętamy. Bardzo się cieszy się, że tak. Pomaga mi przejść przez dziurawy, śliski most ze zmurszałych desek. Zaprasza do domu. Ma na imię Paulo, jest akurat po drugim piwku i bardzo chce pokazać jak żyją ludzie w Libuchorze.

Paulo jest z wykształcenia nauczycielem wychowania fizycznego i mieszka w ładnym, czerwonym domku, który zbudował własnoręcznie. Ma żonę, a przed czterema miesiącami, dokładnie w Nowy Rok urodziła mu się córeczka. Jest bardzo rozkoszna. Jej tata posiada dwie krowy, dwie kozy (jedna jeszcze tego nie wie, ale niedługo będzie zaserwowana na wielkanocnym stole - kiedy to czytacie, owej kozy nie ma już wśród żywych...), kilka świń i kilkanaście małych prosiaczków, kurki oraz pieska Dżeksona. Tylko konia pożycza od znajomego, poza tym ma wszystko co potrzeba.

W ogrodzie Paula stoi najstarsza we wsi kapliczka z 1925 roku. W jej wnętrzu znajduje się wspaniały, żelazny krucyfiks oraz zdjęcia z dwudziestolecia międzywojennego.

- Niedługo rozbiorę i porąbię tę kapliczkę i postawię nową. Mam już kupioną Matkę Boską - mówi z dumą w głosie Paulo i wskazuje na leżącą na ganku plastikową figurę.

- Na litość boską, Paulo, nie rób tego! To zabytek.

- Ja to wiem, ale ludzie tutaj tego nie zrozumieją. Chcę mieć nową. Ładnie ją pomaluję. Takie stare to interesują tylko turystów. Może bym sam zrobił jakąś turbazę, ale nie mam pieniędzy.

- No właśnie. Turyści lubią takie kapliczki, mogą Cię odwiedzać. Turyści to pieniądze.

- Nie, ja nie chcę pieniędzy. Każdy może się u mnie przespać na sianie za darmo. Wy też chodźcie. Po co siedzieć w turbazie? U mnie za darmo. Mam świetną słoninę.

- Paulo, przenieś tę kapliczkę, albo sprzedaj komuś. Nie niszcz jej.

- Jak chcesz to ci sprzedam choćby zaraz za sto hrywien.

- Może postawisz nową obok starej?

- A po co mi dwie kapliczki? Nie ma miejsca. Tutaj mam cebulę, a tutaj rośnie bulba...

Paulo poczęstował nas słoniną, surówką, bulbą, cebulą, oprowadził po każdym kącie domu. Był bardzo sympatyczny. Serdeczne pozdrowienia dla Paulo!

Jeśli ktoś ma fantazję uratować piękną zabytkową kapliczkę, przenieść ją gdzieś w bezpieczne miejsce lub ma zaprzyjaźnione muzeum albo skansen - serdecznie zapraszam do Libuchory. Jest do kupienia za sto hrywien, a zapewne nawet do wzięcia za darmo. Jeśli jednak przed czerwonym domem będzie stała nowa, kolorowa kapliczka z plastikową Marią w środku, oznacza to, że już za późno...

W stronę Pikuja

W sobotę, na dziesięć minut przed umówioną godziną zjawiają się Wasia i Mychałyna. Rzut oka na naszych miłych przewodników wystarczył, żebym odetchnął z ulgą, że kupiłem wieczorem picie i słodycze na drogę. Oboje przyszli w kaloszach, a jako prowiant zabrali dwie kromki chleba i cztery jajka, zapakowane w reklamówkę. Nie muszę dodawać, że nie mieli ciepłych ubrań, ani niczego od deszczu? Niech jednak czytelnika nie zwiedzie ich niepozorny wygląd. Po górach poruszali się w tych kaloszach z prędkością syberyjskiej łajki, nigdy nie byli zmęczeni, a teren znali znakomicie.

Naprawdę byli z nich wytrawni przewodnicy w starym, klasycznym tatrzańskim stylu. Ja, również jak najbardziej klasycznie - robiłem za chłopa pod torbę.

Po godzinie byliśmy już na połoninie, zostawiając bukowy las daleko w dole.

Jak burza przeszliśmy przez przełęcz ruski Put i wyszliśmy na Wielki Wierch. Wasia jako rasowy ekskurzawod (tak, go nazywaliśmy, choć to akurat nie po ukraińsku) dostarczał wiadomości krajoznawczych. Ta góra nazywa się tak, a tamta tak. Z tej strony Lwiwska oblasť, a z tej Zakarpacie, ta wioska to ta, a tamta wioska to tamta. Był w tym naprawdę dobry.

Spytałem, czy wie, gdzie przed wojną stało schronisko. Wiedział. Zeszliśmy z grzbietu Wielkiego Wierchu aż do granicę drzew.

W Tatrach mamy naszą narciarsko-romantyczną legendę Pysznej. Wiadomo - serce, niezawodny kompas zawsze wskazuje stronę Pysznej, a samo schronisko, Józef "Opcio" Oppenheim, Ruda Wanda i cała wesoła ferajna przedwojennych miłośników "wyryp narciarskich" żyje w sercach któregoś już pokolenia tatrzańskich turystów. Są tacy, którzy sprężyny z przedwojennego łóżka znalezionego przy zarośniętych fundamentach Pysznej trzymają nad łóżkiem i traktują jak najcenniejszy skarb.

W Beskidach wschodnich - Gorganach, Czarnohorze wszystkie przedwojenne schroniska żyją życiem Pysznej. Istnieją na czarno-białych fotografiach i w serdecznej pamięci sentymentalnych podróżników i zapaleńców.

Każdego roku ktoś poszukuje ruin, fundamentów lub innych śladów po dawnych czasach. Jedni, by się wzruszyć, drudzy, żeby się wkurzyć, trzeci, by porozmawiać z duchami, czwarci z ciekawości, piąci, by wreszcie zrozumieć, że dwudziestolecie międzywojenne się skończyło, szóści przy okazji, a wszyscy, by mieć coś fajnego do opowiadania po powrocie.

Bieszczady Wschodnie również miały swoją Pyszną. Było to schronisko Przemyskiego Towarzystwa Narciarzy pod Pikujem, które istniało przez pięć lat, aż zostało w 1940 roku rozebrane najprawdopodobniej przez Armię Czerwoną. Był to piękny, drewniany, piętrowy budynek na kamiennej podmurówce. Z oddali i od strony schodów przypominał nieco Willę pod Jedlami, ale jego wnętrze wykonane było w stylu huculskim i mogło pomieścić naraz aż sto osób.

Właściwie to schronisko powinno się raczej nazywać "pod Ostrym Wierchem", gdyż do szczytu Pikuja było stąd jeszcze grubo ponad sześć kilometrów marszu. Wiadomo jednak, że to najwyższy szczyt pasma jest najsilniejszym magnesem na turystów. Najwyższy w Bieszczadach jest Pikuj, więc schronisko również było "pod Pikujem", choć w sumie to nie było. Marketing działał i w sezonie zimowym zawsze było tu pełno narciarzy. Zresztą do dzisiaj w całym paśmie turystów przyciąga praktycznie wyłącznie Pikuj. Widać to przy porównaniu turystycznego zagospodarowania leżącego dokładnie pod Pikusiem Husnego i Libuchory. Tu uściślę, że mówię o tych turystach, którzy nie są zainteresowani pozyskiwaniem drzewa, zbieraniem jagód i grzybów, ani jazdą na quadzie oraz nielicznych zapaleńcach przechodzących cały grzbiet od Przełęczy Użockiej.

Schronisko stało mniej więcej pół kilometra pod grzbietem. Dzisiaj rosną tu drzewa, a z budynku pozostały tylko ślady fundamentów. Stoi również samotna kolumna, niegdyś podtrzymująca schody, przez którą całe miejsce przypomina dziwaczne starożytne stanowisko archeologiczne. Bieszczadzkie Delfy.

Władysław Cywiński wielokrotnie pisał o "magicznej mocy przyciągania schronisk". No cóż. To konkretne miejsce z pewnością dalej ma moc przyciągania ludzi. Widzieliśmy ślady ogniska i fantazyjnie wygiętą butelkę "Mikado" - szalenie popularnego w tych stronach winka, stylizowanego na import z Japonii.

Cztery godziny po wyjściu z bazy stajemy przy betonowym obelisku na wierzchołku Pikuja przyozdobionym kilkoma proporcami, ukraińskimi flagami i tryzubami. Pod wierzchołkowymi skałami ktoś chyba ustawił lustro, gdyż zobaczyliśmy dwójkę turystów (z Polski jak mniemam) ubranych tak samo jak my: chłopak na czarno, a dziewczyna na różowo. Nie ma to jak się poczuć na najwyższym szczycie Bieszczadów fajnie i oryginalnie.

Ponoć przed przyjściem chrześcijaństwa w te okolice (a podejrzewam, że jeszcze całkiem niedawno) Pikuj czczony był przez pogan jako święta góra, a na jego wierzchołku odbywały się różne fantazyjne rytuały. Chodząc po lasach w jego masywie szczerze w tę informację wierzę. Las pod Pikujem wygląda naprawdę imponująco, pomimo że jest połowa kwietnia i buki nie wypuściły jeszcze liści. Wiele buków dorosło do olbrzymich rozmiarów, a ich konary poskręcały się w najdziwaczniejsze formy, często przypominające różne dziwne, powykrzywiane twarze najróżniejszych demonów, diablików, biesów i czadów. Las ten ma naprawdę ogromny potencjał bycia czczonym jako święty gaj. W sumie to podczas wycieczki nie mogłem się oprzeć i nawet go skrycie troszkę czciłem. Jestem filologiem słowiańskim i wolno mi mieć swoje ekscentryzmy.

W jednym miejscu naliczyłem dookoła przynajmniej kilkanaście drzew spalonych przez błyskawice. Podczas burz muszą bić tu jak szalone. Miejscowi doskonale wiedzieli jak wygląda gniew Peruna i z pewnością chcieli go jakoś ułaskawić.

Wincenty Pol fantazjował jeszcze coś o pobycie na wierzchołku Pikuja królowej Bony, ale to akurat jest równie prawdopodobne jak trafienie szóstki w totka w libuchorskiej kolekturze.

Po powrocie nasi mili przewodnicy odwiedzili nas w turbazie. Kasia zrobiła Mychałynie paznokcie. Dziewczyna była niepocieszona, że nazajutrz jest dopiero niedziela. Nie mogła się doczekać, żeby pochwalić się różowymi paznokciami w szkole!

W następnych odcinkach: kim jest Ralf i co sprawia, że w Gorganach spisuje się lepiej niż GPS? Kto komu grywa na harmonijce na Sywuli? Jakie straszne tajemnice skrywa obserwatorium "Biały Słoń" na Popie Iwanie, a jakie Howerla w święta wielkanocne? Jak mocno potrafi przytulić olbrzym? No i w końcu skąd miłość Ukraińców do literki "i"? Stay tuned!

P4131148Kopiowanie

 

P4131157Kopiowanie

 

P4141207Kopiowanie

 

P4141217Kopiowanie

 

P4141226Kopiowanie

 

P4141241Kopiowanie

 

P4141243Kopiowanie

 

P4141250Kopiowanie

 

P4141252Kopiowanie

 

P4141253Kopiowanie

 

P4141258Kopiowanie

 

P4141264Kopiowanie

 

P4141271Kopiowanie

 

P4141274Kopiowanie

 

P4141279Kopiowanie

 

P4141281Kopiowanie

 

P4151372Kopiowanie

 

P4161475Kopiowanie

 

P4161531Kopiowanie

 

P4161539Kopiowanie

 

P4161540

 

P4161544

 

P4161561

 

P4161571

 

P4161594

 

P4161605

 

P4161615

 

P4161630

 

P4161636